niedziela, 14 maja 2017

Film vs. książka #1



Jestem zdecydowanym zwolennikiem książek. Historię znam jeszcze zanim pojawi się ona na ekranie. Nie zawsze idę na film, ale jeśli już idę, bardzo współczuję komuś, kto siedzi obok mnie. Nie mogę się powstrzymać, żeby nie komentować i nie dopowiadać mojemu towarzyszowi książkowej historii. Bo przecież jak można było ten wątek pominąć?! Umówmy się, filmy nie zawsze dają radę, a nawet - w większości przypadków, pachną słabizną na kilometr. Wiem to ja i każdy inny miłośnik książek. Ale... jak to zwykle bywa, musi się pojawić ale! Mimo, że kocham czytać, to zdarzają się historie, za które mam pretensję do pisarzy, bo jednak reżyser pokazał je lepiej. No to co? Zaczynamy?



Grochola vs. Łepkowska 0:1

Przyznam się, że film Nigdy w życiu oglądałam milion razy, ba! ciągle jest on na liście moich ulubionych polskich filmów. Kiedy byłam nastolatką czytałam Katarzynę Grocholę (podejrzewam, że każda z nas przechodziła ten okres). Lubiłam jej książki i chyba nawet byłam nimi zachwycona. Chyba jest tu zamierzone, ponieważ jeszcze wtedy nie wiedziałam, co to gust literacki, więc można mi wybaczyć. Ale do sedna. Zakochana w filmie i zupełnie nieświadoma, że powstał na podstawie książki, pewnego dnia w bibliotece zrobiłam wielkie oczy. Oczywiście jak na wielką fankę filmu przystało, wypożyczyłam, przeczytałam i lekko mówiąc, byłam rozczarowana. Dlaczego? Bo wspaniała miłość Judyty i Adama w filmie kończy się w bardzo, bardzo romantyczny sposób i to chyba jedna z najpiękniejszych scen w polskich komediach romantycznych. Bo halo, czy jest tu ktoś kto nie kojarzy kadru z parą pchającą niezatankowany samochód przez największy most w Warszawie w największą ulewę tego lata? Roześmianą twarz Danuty Stenki wyznającej miłość Żmijewskiemu? No! Mam nadzieję, że nie ma tu takiej osoby. Za tę scenę, (ale też całość filmu) punkt przewagi dla scenarzystki Ilony Łepkowskiej. Nie sądziłam, że to powiem: film lepszy niż książka! Grochola chyba sama jest sobie winna za mało atrakcyjne zakończenie książkowe w postaci Adama pędzącego do Judyty na białym koniu po awanturze stulecia i to jeszcze w biały dzień! Zero romantyzmu. No chyba, że ja go nie rozumiem? 

Sparks. Jeszcze to pisarz czy już scenarzysta? 

Pozostajemy w temacie miłosnych westchnień. Nicholas Sparks znany z romansów pisarz z niewiarygodnie dużą ilością zekranizowanych książek jest moją kolejną "ofiarą". Czasem zastanawiam się, czy to on tak dobrze pisze, czy to scenarzyści tak dobrze adaptują jego historie pod scenariusz? Czytałam kilka jego książek, te jeszcze niezekranizowane zasługują na uznanie, bo serio każda historia jest zupełnie różna, ale kilka, które trafiły na wielki ekran to już inna sprawa.W tym przypadku chodzi o jeden konkretny tytuł. Jesienna miłość. Ktoś zna? Nie? To może powiem jak nazywa się filmowy odpowiednik? Szkoła uczuć. Teraz już na pewno każdy kojarzy. Książka może się podobać, bo historia urzeka i ściska za serce, ale tylko do momentu, aż nie obejrzy się filmu. Szkoła uczuć to najlepszy film ever. Przez książkę przebrnęłam bez zająknięcia (jest bardzo cienka), Oglądając film płaczę za każdym razem, choć i tak znam zakończenie. Dziwne, bo zwykle więcej emocji przenosi się na stronach książek, ale w tym przypadku jest zdecydowanie odwrotnie. Czytamy, ale nie robi to na nas wrażenia. Oglądamy i nie możemy przestać płakać. Za mało emocji i romantyzmu, Panie Sparksie. 

Lou jest moją idolką 

Wyobraźcie sobie sytuację: koleżanka ma urodziny, więc całą paczką zabieramy ją do kina. Nie znam tytułu filmu, historii, nic nie znam. Nawet nie słyszałam, że taki film właśnie wszedł do kin. Zanim się pojawiłeś. Fantastyczna historia, fantastyczni aktorzy, fantastyczna miłość. Wszystko na tak! Oczywiście, każdy beczy (a jak nie beczy, to nie ma serca albo jest facetem). I potem dowiaduję się, że jest książka. Zaczynam polowanie. Film przeżywam każdego dnia, jeszcze przez tydzień. Aż w końcu jest! Namierzona! Kupuję! Czytam! I nie ma fajerwerków. Oczywiście rozumiem, że gdyby nie Jojo Moyes to nie byłoby całej historii, ale jednak wielkie brawa dla reżysera ekranizacji. Film jest żywszy, weselszy, bardziej dynamiczny. Czytanie trochę przytłacza, bo momentami się ciągnie. Ale jeśli czytaliście książkę, to koniecznie musicie zobaczyć też film. Emilia Clarke zdecydowanie zrobiła robotę. Właśnie tak można wyobrazić sobie główną postać, jako słońce świecące nawet na pochmurnym niebie. 

I tą piękną metaforą dotrwaliśmy do końca. Choć mówię to z ciężkim bólem serca lista filmów, które choć minimalnie są lepsze od książek, wciąż jeszcze nie jest skończona. Dlatego takie wpisy będą pojawiać się częściej. A Wy macie jakieś tytuły filmów, które zdecydowanie przeważają nad pierwowzorem? A może nie zgodzicie się ze mną i któraś z książek była dla Was totalnym fenomenem? Piszcie!

[OLA]

1 komentarz:

  1. Ja nadal czytam Grocholę i nie uważam, że to jest jakaś ujma :). Każdy może czytać lekkie powieści, które nie wymagają "myślenia". "Nigdy w życiu" w wersji filmowej lubię, tak samo jak panią Stenkę, ale kontynuacja jest dla mnie okropna.... :/ Nie mogę na nią patrzeć i zawsze ją przełączam.
    Co do Sparksa. "Pamiętnik" w wersji filmowej jest o wiele lepszy od książkowej. Kocham Ryana Goslinga w głównej roli, a że najpierw poznałam ekranizacje, to pierwowzór był dla mnie ... nudny. A "Bezpieczna przystań" - kocham tak samo zarówno wersję filmową i książkową.
    Ja staram się zawsze najpierw przeczytać książkę, ale... nie zawsze mi to wychodzi. Czasami nie zdaje sobie sprawy z tego, że dany film powstał na podstawie jakiejś lektury. I czasami film mnie nudzi, jeżeli jako pierwszy [poznam pierwowzór.

    OdpowiedzUsuń

Fajnie, że do nas wpadłeś. Będzie jeszcze fajniej, jeśli trochę podyskutujemy. Dlatego zostaw po sobie komentarz, będzie nam bardzo MIŁO!! Odpowiemy w przerwie w czytaniu, jeśli nie - stalkuj dalej :)